Popularne posty

marca 01, 2018

Wołowina duszona w Jasnym Piwie

Wołowina duszona w Jasnym Piwie

Dziś trochę przeniosłam się w czasie o jakieś dziewiętnaście lat. Młody wtedy był taki malutki, a ja w kuchennych powijakach, na etapie sosów z torebki. Internety się dopiero rozwijały, a ja szukałam pomysłów na obiady w starych książkach kucharskich. W jednej z nich, takiej starszej ode mnie natknęłam się na wołowinę w piwie. Zrobiłam raz, a potem wszyscy wokoło domagali się jeszcze i jeszcze. Na każdą uroczystość rodzinną byłam zmuszana do jej przygotowania. Jedną ręką mieszałam w garze, drugą kołysałam Młodego. Wcale się nie dziwię, że otoczenie nigdy nie miało dość tej mojej wołowiny, bo jest naprawdę pyszna! Proces przygotowania określam prosto: 10 minut działania i 2 godziny czekania, czyli dużo czasu dla siebie. Dziś Młody po raz pierwszy jadł to danie i mało brakowało, a wylizałby talerz, co mu się bardzo rzadko zdarza. Dlaczego dopiero dziś? Bo jakoś zapomniałam sobie o tym przepisie i ani się obejrzałam, a tu tyle lat minęło. Na koniec Wam tylko napiszę: Koniecznie zróbcie u siebie w domu taką wołowinkę :)


Składniki na 2 osoby:
  • ok. 750 g wołowiny bez kości (u mnie była łopatka)
  • półcentymetrowy plasterek masła
  • 2 łyżki oleju
  • 2 średnie cebule
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 300 ml jasnego piwa
  • 2/3 szklanki wody
  • szczypta tymianku
  • 1 liść laurowy
  • 1 łyżka cukru
  • sól
  • pieprz
Sposób przygotowania:
Tu będzie prosto i konkretnie. Mięso umyłam, osuszyłam papierowym ręcznikiem, pokroiłam w średniej wielkości kostkę, ale jak lubisz możesz pokroić w większą, to nie ma znaczenia. Cebulę pokroiłam w drobną kosteczkę. Do żeliwnego gara wlałam olej i włożyłam masło, rozgrzałam i na tym tłuszczu na dużym ogniu obsmażyłam mięso z każdej strony, trwało to jakieś 5 minut. Kosteczki mięsa mają się lekko zrumienić.


Usmażone mięso wyciągnęłam na talerz i na pozostałym tłuszczu zrumieniłam cebulę,


po około 3 minutach wsypałam na nią łyżkę mąki i smażyłam jeszcze chwilkę cały czas mieszając.


I tu już prawie koniec działania, bo wlałam piwo, wodę, wsypałam cukier, tymianek, wrzuciłam liść laurowy i na oko sypnęłam pieprzu i soli (ma być do smaku, zawsze można potem jeszcze doprawić).


 Wszystko zmieszałam, przykryłam garnek i na małym ogniu dusiłam około 2 godziny. Po prostu dusimy do momentu, w którym mięso będzie miękkie i delikatne, a sos, w którym się dusi lekko zgęstnieje. Podczas procesu duszenia pasuje od czasu do czasu wpaść do kuchni i zamieszać łyżką w garze, żeby tam nam nic nie przywarło ;)


Z czym podać? Jak widać u nas ja jadłam z kaszą gryczaną, Młody z ryżem, kiedyś podawałam ze świeżą bagietką, można z ziemniakami. Tak więc możliwości macie dużo, po prostu podajcie z czym lubicie ;)
SMACZNEGO życzy

lutego 28, 2018

Solony Kajmak i Cukierki Toffi

Solony Kajmak i Cukierki Toffi

Są książki kulinarne, które czytam i odkładam na półkę. Trafiają się też takie, które praktycznie od razu lądują ze mną w kuchni. Do takich zaliczam też "Trufla, same dobre rzeczy" - Patrycji Doleckiej (wyd. Buchmann). Już dawno trafiłabym z nią do kuchni, ale totalny brak czasu jaki mnie dopadł na początku roku uniemożliwił mi jakiekolwiek dłuższe zabawy w kuchni. Jednak pierwszego luźniejszego dnia stałam z Truflą pod pachą i mieszałam mleko z cukrem na domowy solony kajmak :) A w książce tyle dobrych rzeczy, że zostanę z nią jeszcze chwilę. Co mnie uwiodło? Różnorodność przepisów, od placuszków bananowych, humus, po krupnik grzybowy z soczewicą, a przy okazji dział deserów ma świetne propozycje na zimowe wieczory (ciepłą czekoladę, ciasto drożdżowe, sernik), ale również na upalne dni (koktajle, lemoniady, lekkie sałatki i sorbety). Długo mogłabym tak wymieniać, bo przepisy zapowiadają się świetnie. Przy tym skład taki prosty i ludzki, że nie trzeba odpalać internetu, wystarczy udać się do osiedlowego sklepiku, zrobić zakupy i można gotować. Dla mnie super!


Ja zaczęłam od solonego kajmaku, którego przygotowanie wydawało mi się banalnie proste. Takie też było. Jedynie czas gotowania był u mnie zdecydowanie dłuższy niż proponuje autorka i zamiast 20 minut zeszło mi około godzinę. Pobawiłam się trochę i do przepisu wrócę niebawem, bo zauważyłam, że kajmak gotowany krócej jest jaśniejszy i bardziej płynny i taką konsystencję zamierzam zrobić i posmarować nimi wafle. Gotowany dłużej nabiera typowo karmelowego koloru, masa ładnie odchodzi od ścianek i konsystencja jest gęstsza. Tu jeszcze ciepłym będę chciała posmarować ciasto drożdżowe, a wystudzony tak jak widzicie na zdjęciach już zdążyłam się zabawić i wyłożyłam go na folię spożywczą , uformowałam z niego wałeczek i wstawiłam do lodówki. Tam lekko stwardniał i takim to eksperymentalnym sposobem wyszły mi cukierki toffi, które Młody zjadł praktycznie w kilka minut po czym zapytał kiedy będę robić następne. Chyba lepszej recenzji już nie trzeba :) Ja tu się rozpisałam, a tu pasuje w końcu napisać przepis, bo i Wy chętnie przygotujecie takie cukierki dla siebie lub swoich pociech. No to lecimy z przepisem!

Składniki (wyszło pół średniego słoiczka):
  • 200 ml mleka
  • 200 ml śmietanki kremówki 36%
  • 120 g cukru lub ksylitolu
  • szczypta soli

Sposób przygotowania:
Wszystkie składniki umieściłam w garnku, zamieszałam i postawiłam na średni płomień. Do pierwszego wrzenia stałam przy garnku, bo autorka uprzedziła, że mieszanka może próbować wykipieć, tak też się stało, ale wystarczyło przemieszać całość balonową trzepaczką, potem już wrzało sobie spokojnie. Ja tylko wpadałam co jakiś czas do kuchni i dla pewności sobie zamieszałam w garnku. Po jakiś 30 minutach mleko zaczęło zmieniać kolor na jasny karmelowy, co jakiś czas wszystko się garnku pieniło i dawało wrażenie jakby miało wykipieć z garnka, ale tak tylko straszyło, bo kiedy zobaczyłam tą pianę po raz pierwszy odruchowo zamieszałam zawartość garnka, potem tak jak sobie patrzyłam wszystko podnosiło się tylko do pewnego poziomu, tak więc nie przygotowujcie kajmaku w niskim rondlu, tylko w garnku z wyższymi ściankami. Ja gotowałam kajmak do momentu, aż masa zgęstniała i zaczęła odchodzić od ścianek i taka konsystencja jest idealna do tych naszych cukierków w stylu toffi. Ważne też, aby nie oblizywać łyżeczki, bo kajmak pomału stygnie i można nieźle poparzyć język, wiem o czym piszę :) Sprawdziłam to na sobie :)
Toffi cukierki robi się bardzo prosto, bo wystarczy wystudzić kajmak do temperatury pokojowej, sami zauważycie, że mocno zgęstnieje, wtedy przekładamy masę na folię spożywczą i formujemy wałeczek, który owijamy folią i wstawiamy do lodówki na niecałą godzinkę. Po tym czasie wystarczy wałeczek pokroić na kawałki i można jeść. Nie wiem ile mogą poleżeć takie cukierki, u mnie nie trwało to dłużej niż godzinę.
SMACZNEGO życzy

lutego 28, 2018

Żytnie Naleśniki ze Szpinakiem i Kurczakiem

Żytnie Naleśniki ze Szpinakiem i Kurczakiem

Tamtego dnia w planach miałam naleśniki gryczane ze szpinakiem i kurczakiem. Wystąpił tylko mały problem, w sklepach brakło mąki gryczanej. W sumie powinnam się tego spodziewać, bo często mam tak, że jak czegoś potrzebuję na cito to tego nigdzie nie ma, a jak nie potrzebuję to non stop potykam się o tą rzecz w sklepach. Brak mąki gryczanej nie spowodował jednak zmiany moich planów. Zajrzałam do szuflady, wyciągnęłam mąkę żytnią typ 580 i postanowiłam stworzyć naleśniki żytnie. Bałam się, że wyjdą kruche i ciężko mi będzie zawinąć w nie szpinak, a tu miła niespodzianka. Wyszły bardzo smaczne, fajnie współpracowały podczas zawijania i w smaku naprawdę delikatnie różniły się od tradycyjnych z mąki pszennej. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie  podrasowała ich smaku kurkumą, którą bardzo lubię, a przy okazji ma właściwości przeciwzapalne i w ogóle bardzo korzystnie wpływa na organizm. Nie poświęcę zbyt dużo uwagi na farsz, bo tu poszłam w klasykę. Szpinak lubi masło, czosnek i riccotę lub fetę, ja lubię też kurczaka i dlatego też wylądował w szpinaku. Chciałam przyciąć troszeczkę kalorii i nie dodałam żółtego sera, którym możecie posypać wierzch naleśników jak macie ochotę, bo takie też są pyszne. Podsumowując, danie jest fajne, bo lekkie, łatwe i szybkie w przygotowaniu, możecie przygotować je wcześniej, a potem tylko zapiec.


Ciasto na naleśniki na 5 szt:
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 1 szklanka mąki żytniej typ 580
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/2 szklanki wody mineralnej u mnie niegazowanej
  • 1 płaska łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżka oleju
Tu opis będzie krótki, bo wszystkie składniki wystarczy razem ze sobą zmiksować na jednolita masę. Jeśli ciasto wyda Wam się zbyt gęste, dolejcie mleka lub wody. Jeśli za rzadkie, dosypcie mąki. Olej dodaję do ciasta, wtedy naleśniki fajnie mi się smażą i nie muszę dodatkowo natłuszczać patelni. W tym temacie to wszystko. Lecimy z farszem.


Farsz:
  • 1 pierś z kurczaka
  • 1 opakowanie szpinaku, u mnie tym razem mrożony
  • 4 ząbki czosnku
  • 1/2 kostki sera feta
  • kawałek masła 
  • sól 
  • pieprz
Dodatkowo:
  • śmietana kremówka 30%
  • kawałek sera żółtego startego na tarce o grubych oczkach
  • 1/4 łyżeczki kukrumy
  • pieprz biały
  • sól
  • 1 łyżeczka startej skórki z cytryny
  • 1 łyżeczka posiekanego koperku
Pierś z kurczaka pokroiłam w małą kostkę, oprószyłam solą i pieprzem i usmażyłam na maśle. Do mięsa dodałam czosnek, podsmażyłam, na końcu szpinak i smażyłam wszystko razem kilka minut. Nie chciało mi się brudzić dodatkowej miski i do wystudzonego szpinaku z kurczakiem wkruszyłam ser feta, wymieszałam i odstawiłam na bok.

Kiedy farsz miałam gotowy zaczęłam smażyć naleśniki i w jeszcze ciepłe zawijałam farsz. Każdy gotowy rulon naleśnika z farszem układałam do naczynia żaroodpornego. Naczynie wysmarowałam masłem, na dno wylałam odrobinę kremówki z przyprawami, dopiero na nią układałam naleśniki. Na końcu wystarczy zalać naleśniki pozostałą częścią kremówki z przyprawami i tu jak chcecie posypać żółtym serem. Piekłam w temperaturze 180 stopni około 25 - 35 minut. 

stycznia 23, 2018

Markizy Orzechowe z Kremem Czekoladowym

Markizy Orzechowe z Kremem Czekoladowym

Mam w swoim regale książki kulinarne, do których chętnie wracam. Tym razem wróciłam nie tylko do mojej, ale i Młodego ulubionej. Ha ha, Młody nie gotuje z książek, zwykle korzysta z przepisów Blondynka Gotuje :) Jednak w kilku książkach pozaznaczał pozycje, które chętnie by spróbował, a ja jako kochająca matka karmiąca uwielbiam sprawiać Młodemu smaczne niespodzianki. Wróciłam więc do "Nowy Jork na Talerzu"- Smitten Kitchen i przygotowałam mu Markizy Orzechowe z nadzieniem czekoladowym. Bo to ciastka przygotowane na bazie masła orzechowego i tu dodatkowo zaciekawił mnie krem, w którego skład również wchodzi masło orzechowe. Jak to w przekładach książek bywa znowu wyłapałam błąd w przepisie, ale jakoś mnie to nie przeraża, bo kiedy ktoś spędza trochę czasu w kuchni to przepisy czyta na logikę i tu wg mnie wsypanie 1/4 szklanki sody oczyszczonej byłoby oczywistym spieprzeniem całego ciasta, dlatego ograniczyłam się do 1/4 łyżeczki, a w innym pieczeniem ciasta w 350 stopniach Celsjusza byłoby kulinarnym samobójstwem, tak więc wg mnie to zwykłe "literówki". Ciastka wyszły przepyszne, krem dobrym składnikiem na kilka innych moich pomysłów, bo z powodzeniem może być nutellą po zamianie proporcji czekolady gorzkiej na rzecz mlecznej, a do tego tak mało wymagający i prosty w przygotowaniu. Fajnie tężeje, co daje wiele możliwości. Oczywiście tu zgadzam się z autorką, ciasto jest bardzo niewdzięczne do wałkowania i przetestowałam obie zaproponowane opcje, czyli forma wałka krojona na plastry i opcja wycinania kształtów. Jak dla mnie zdecydowanie wycinanie, ale tu sprytnie podeszłam do tematu, bo wałkowałam ciasto od razu po zagnieceniu i robiłam to przez i na folii spożywczej, dopiero rozwałkowany blat wstawiłam do lodówki, ale więcej o tym później. Co do zdjęć tu była praca wspólna, bo z markizami uporałam się późnym wieczorem, czyli światło do dupy, a następny dzień spędziłam poza domem, a ciastka zaczęły znikać jedno po drugim. Tak więc poprosiłam Młodego aby mi pstryknął kilka ujęć, a ja swoje ujęcia machnęłam dwa dni później, na szczęście uchowało się kilka sztuk. Po skończonej "sesji" zdjęciowej Młody od razu zarekwirował talerz i za trochę przyniósł pusty, znaczy to, że ciastka były bardzo dobre i jak to stwierdził, koniecznie do powtórzenia. No to lecimy z przepisem, bo chciałabym, aby i Wasze dzieciaki i nie tylko miały możliwość spróbowania tych pyszności.


Składniki na ok. 50 niewielkich sztuk:
  • 115 g masła w temperaturze pokojowej
  • 225 g masła orzechowego (u mnie domowego, tylko bez dodatku cukru i miksowane dłużej, aby konsystencja była rzadsza, niż to, które przygotowuję zwykle)
  • 100 g cukru (ok. 1/2 szklanki) 
  • 95 g cukru trzcinowego (ok. 1/2 szklanki)
  • 1 duże jajko 
  • 250 g mąki pszennej (ok. 2 szklanki)
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli morskiej w płatkach lub drobnoziarnistej (ja użyłam czarnej cypryjskiej soli w płatkach) - lekki posmak soli w kremie czekoladowym i ciastkach to naprawdę zajebiste połączenie, zaufaj mi ;) 
Sposób przygotowania:
W pierwszej kolejności przygotowuję sobie masło orzechowe, czyli w blenderze miksuję orzeszki ziemne do uzyskania konsystencji masła. Cała czynność trwa dosłownie kilka minut, nigdy nie mierzyłam czasu, ale dłużej niż 5 minut na pewno nie schodzi. Jeśli chodzi o ciasto, tu będzie prosto. Do jednej miski wsypałam i wymieszałam wszystkie sypkie składniki, a do drugiej miski włożyłam miękkie masło, zmiksowałam mikserem na tak zwany puch, dołożyłam masło orzechowe nadal miksując i wsypałam cukier miksując do momentu rozpuszczenia się cukru oczywiście cukier nie rozpuścił się całkowicie. Nie przerywając pracy robota kuchennego dorzuciłam do miski jajko i  łyżka po łyżce wsypywałam sypkie składniki. Na końcu wystarczyło włożyć rękę do miski i zagnieść ciasto. 


W momencie zagniatania widziałam, że ciasto faktycznie jest kruche i mogą być niezłe "jaja" podczas wałkowania po wcześniejszym schłodzeniu, dlatego od razu podzieliłam ciasto na dwie części, jedną część wyłożyłam na folii spożywczej, przykryłam ją drugim arkuszem folii i rozwałkowałam na pół centymetrowy blat, który szczelnie owinęłam folią i wstawiłam do lodówki na około dwie godziny. Z drugiej części ciasta uformowałam wałek, owinęłam szczelnie folią i również wstawiłam do lodówki do schłodzenia. Dlaczego tak? Chciałam sprawdzić czy ciastka będzie się lepiej wycinać foremkami czy kroić wałek na plasterki. Ja wolę pierwszy sposób, czyli przygotowanie blatu pod wycinanie, ale Wam proponuję na pierwszy raz spróbować obu wersji i sprawdzić, która będzie dla Was wygodniejsza.



Po schłodzeniu ciasta włączyłam piekarnik i ustawiłam na 180 stopni. Blachę oczywiście wyłożyłam papierem do pieczenia i układałam na niej i ciasteczka. I te wycinane i te krojone plastry upiekły się bardzo ładnie zachowując swój kształt. Jakość tych zdjęć pozostawia wiele do życzenia, normalnie było już ciemno, ale musiałam Wam pokazać jak to wszystko wyglądało :) Kiedyś podmienię zdjęcia na lepszejsze :) A właśnie, ciastka piekłam 10-12 minut do lekkiego zrumienienia się.Tak czy siak pilnujcie ich, bo każdy piekarnik  piecze inaczej, ale to sami wiecie. Jak już ciastka miałam gotowe zabrałam się za krem czekoladowy.


Kem czekoladowy:
  • 230 g czekolady gorzkiej, grubo pokrojonej
  • 50 g masła orzechowego
  • 30 g masła
  • szczypta soli

Sposób przygotowania:
Do rondelka z grubym dnem włożyłam masło i masło orzechowe, sypnęłam solą i na bardzo małym płomieniu rozpuściłam jecały czas mieszając. Na koniec wrzuciłam czekoladę gorzką pokrojoną na grube kawałki i mieszałam do momentu rozpuszczenia się czekolady i połaczenia się składników. Pod koniec zestawiłam rondel z palnika, o czekolada i takl sie ładnie rozpuszczała pod wpływem temperatury mieszanki. Tego kremu byłam najbardziej ciekawa i tu mnie bardzo miło zaskoczył, bop ciepły przypominał nutellę o lekko grudkowatej konsystencji, ale żeby przełożyć kremem ciastka musiałam go schłodzić co jakiś czas mieszając. Opcje są dwie. Jak Wam się nie spieszy to zostawiamy garnek na blacie i co jakiś czas mieszamy, a kiedy chcemy przyspieszyć ten proces rondelek możemy wstawić do lodowatej wody i tu również nie zapominamy o mieszaniu, bo ta czynność sprawia, że krem chłodzi się równomiernie. Jak przełozyć ciastka? Jak tylko chcecie. Można je smarować łyżką, nożem lub tak jak ja po prostu przełozyć krem do worka cukierniczego i wycisnąc na połowę upieczonej ilości ciastek. Następnie przyłozyć drugim, lekko docisnąc i pozostawić do zastygnięcia, bo krem fajnie zastyga.

Samych ciastek wyszło mi 50 sztuk, co dało mi 25 sztuk gotowych markiz.
Markizy można przechowywać do tygodnia w szczelnym pudełku, ale nie ma co wierzyć w cuda, ciastka znikają bardzo szybko, zresztą sami zobaczycie.
Surowe ciasto szczelnie owinięte folia może leżeć w lodówce do 3 dni, a w zamrażarce znacznie dłużej, bo nawet 2 miesiące. Za uwagę dziękuję i życzę Miłego Dnia! Jak czegoś nie wiecie, pytajcie śmiało!
SMACZNEGO życzy

stycznia 17, 2018

Łatwy Makowiec z Jabłkami , czyli Makowiec Japoński po mojemu

Łatwy Makowiec z Jabłkami , czyli Makowiec Japoński po mojemu

Tak patrzę na datę ostatniego wpisu i kurcze, kawał czasu minęło od tamtego czasu. Cóż mogę powiedzieć, tak mi się zeszło. Chyba potrzebowałam urlopu od blogowania, dzięki temu pełna energii i sił wracam, znaczy się już wróciłam, taadaaam! Przez te kilka miesięcy oczywiście gotowałam codziennie, jak to ma w zwyczaju matka karmiąca Młodego. Czasami gotował też Młody, tu się nic nie zmieniło. Siłownia nadal aktualna i inne zwyczaje pozostały. Jedynie dorzuciłam sobie jedno dodatkowe zajęcie, poza tym ta sama ja. Jak zwykle w nowy rok nie weszłam z żadnymi postanowieniami, nie przeszłam na wegetarianizm, ani żadne jakieś ekstremalne diety.

Nie spodziewałam się, że będzie mnie Wam brakowało, myliłam się. W odpowiedzi na dziesiątki wiadomości i maili od Was piszę: u mnie wszystko w porządku Kochani. Zdrowie nadal dopisuje, samopoczucie i humor na najwyższym poziomie. Przepraszam, że doprowadziłam Was do stanu martwienia się o Waszą Blondynkę. Jestem już i zostanę. Wracamy do normalnego trybu. Żeby nie przedłużać przejdę już do jednego z wielu zaległych przepisów.

Makowiec, który miał być japoński, ale w efekcie wyszedł po Blondynkowemu, bo nie mogłam dojść do ładu z przepisami, które znalazłam. W każdym przepisie widziałam przeróżne proporcje jabłek w stosunku do masy makowej. A masy makowej robić mi się nie chciało, bo w sklepie w tym okresie nie mogłam znaleźć mielonego maku, a mielić w domu mi się nie chciało, bo przypomniałam sobie jak kiedyś pół dnia mieliłam mak i jak to mnie denerwowało, więc bez stresu zaczęłam tworzyć nowe i nauczona już, że będziecie pytać o przepis obok miski naszykowałam kartkę i długopis, więc na bieżąco notowałam ile czego wrzucam i moje na oko wcześniej odmierzałam :) W domu makowca jem tylko ja, bo Młody nie ruszy, więc zeszło mi trochę czasu zanim poradziłam sobie ze swoją połówką, bo połowę oddałam tacie. Tu zauważyłam, że najbardziej smakował mi po dwóch trzech dniach, a spód z ekspandowanego amarantusa od Soligrano (duży wybór produktów tej firmy wiem, bo widuję w sklepach Rossman) był fajnym pomysłem. Tak jak patrzę, to w sumie to taki z deka fit makowiec, bo prawie bez cukru, taki zdrowy makowiec, co nie?  I znowu się rozgadałam, chyba powinnam nagrywać filmiki gadane :)

Składniki na tortownicę 26 cm:

Spód:
  • 100 g masła
  • 80 g miodu (u mnie spadziowy)
  • 200 g ekspandowanego amarantusa

Masa makowa:
  • 800 g masy makowej 
  • 4 łyżeczki kaszy manny
  • 4 jaja
  • 3 jabłka
  • sok z cytryny
  • 1/4 szklanki + 2 łyżki miodu
  • 2 łyżki cukru
  • opcjonalnie suszone wiśnie i migdały w płatkach

Polewa czekoladowo - kawowa:
  • 100 g czekolady mlecznej
  • 70 ml śmietany kremówki 30%
  • 1 łyżka miodu lub golden syrup
  • 2 łaskie łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 10 g masła w temperaturze pokojowej
Sposób wykonania:
Spód. Łatwizna, bo tu wystarczyło rozpuścić masło z miodem, garnek zestawiłam z ognia, wsypałam ekspandowany amarantus i dokładnie wymieszałam. Potem tylko wyłożyłam do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i lekko ugniotłam i wyrównałam łyżką. Tortownicę odstawiłam na bok i zajęłam się masą makową.


Masa makowa. Tutaj też trudności nie ma żadnej. Białka ubiłam na sztywną pianę, dodałam cukier i ubijałam do momentu rozpuszczenia się cukru. W drugiej misce zmiksowałam żółtka, do których dorzuciłam masę makową, miód, kaszę mannę, sok z cytryny oraz jabłka starte na tarce o grubych oczkach, następnie odciśnięte z nadmiaru soku. Wszystko zmiksowałam krótko do połączenia się składników. Do makowej mieszanki dołożyłam pianę z białek i wmieszałam ją za pomocą łyżki do masy. Na koniec dorzuciłam suszone wiśnie. Masę wyłożyłam do tortownicy i tu możecie się śmiać, ale zrobiłam to na Blondynkę, bo poziom wypadł równo ze ściankami tortownicy i po raz pierwszy w życiu mocno trzymałam kciuki za to, aby ciasto nie wyrosło. Na szczęście dużo nie wyrosło i wszystko zostało w formie. Trochę popękało na wierzchu, ale pęknięcia zniknęły pod polewą. Aaaa, właśnie. Ciasto piekłam w temperaturze 175 stopni przez około 45 minut.


Polewa czekoladowo-kawowa. To jest jedna z moich ulubionych. Kremówkę wlałam do rondelka wsypałam kawę i wlałam golden syrup, wymieszałam i doprowadziłam do wrzenia. Zestawiłam rondelek z ognia i wrzuciłam czekoladę pokrojoną na malutkie kawałeczki, po chwili rozmieszałam wszystko dokładnie, dodałam masło i ponownie wymieszałam do momentu jego rozpuszczenia się. Gotowe. Na kilkanaście minut odstawiłam polewę do wystygnięcia, bo w tym czasie polewa ładnie gęstnieje. Wystudzoną  i zgęstniałą polewę wylałam na gotowy makowiec i całość posypałam migdałami w płatkach.
SMACZNEGO życzy

października 16, 2017

Granitowy Garnek Bologna Ballarini

Granitowy Garnek Bologna Ballarini

Od trzech lat dzielę się tu z Wami opiniami na temat produktów Ballarini. Teraz się uśmiecham, bo wiecie co jest w tym zabawnego? Już wyjaśniam. Na początku skupiałam się na pokazaniu dań jakie przygotowywałam w tych patelniach i garnkach. Z biegiem czasu zaczęłam je analizować i sprawdzać bardziej perfidnie? Nie, może dogłębnie i szczegółowo. Zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, na które nie zwróciłoby większość z Was. Na  przykład różnicę pomiędzy wokiem Granitium a Salento White Stone, którą zauważyłam oczywiście pomijając aspekty wizualne,był czas przygotowywania potraw. Na przykład konfitury smażone jednocześnie w obu wokach w Granitium były gotowe kilkanaście sekund szybciej niż w Salento White Stone. Wiem, wiem to dziwne, ale przecież nie obiecywałam, że u Blondynki będzie normalnie :) Kolejną ciekawostką, którą mogę się z Wami podzielić jest temat nazw linii naczyń Ballarini. Kiedyś jak tak sobie siedziałam zaczęłam "rozmawiać z wujkiem google", bo skoro Ballarini to Włoska firma, to nazwy linii naczyń mogą, a nawet powinny być związane z Włochami. I co się okazało? Każda nazwa to nazwa regionu Włoch. Mało tego, zrobili to bardzo sprytnie, bo na przykład jedna z droższych linii nosi nazwę dość ekskluzywnego regionu jakim jest Portofino. Fajnie się to składa, prawda?

Takich ciekawostek mogłabym napisać wiele, to jednak może kiedyś przy okazji. Zarówno mnie jak i Was przede wszystkim interesuje trwałość i funkcjonalność produktów. Tu też mogłabym rozpisać się więcej i opisać swoje spostrzeżenia na temat każdej linii na podstawie codziennego ich użytkowania od 3 do kilku miesięcy, ale to też zostawię na inną okazję. Teraz tak w skrócie powiem Wam, że Ballarini`ego ciężko zajechać w kuchni. Nad Granitium pracuję coś ponad 3 lata i nadal nie nadają się do wyrzucenia. Ba! Nawet nie widać na nich żadnej rysy, jedynie co się lekko starło to spody, ale to od mojego szurania po ruszcie kuchenki gazowej, a od jakiegoś czasu dodatkowo wzmacniają spody, że się nic nie ściera, wiem, bo od półtora roku szuram po kuchence granitową patelnią Portofino i tam pod spodem nadal jak nówka. No tak, dużo wiem o tych garach, gotuję w nich od trzech lat. Codziennie. Czy we wszystkich? Wstyd się przyznać, ale w większości tak. Nic nie poradzę, że w tej kwestii jestem mało normalna. Ale co ja zrobię jak Młody ma swoje ulubione patelnie, a ja w jednej lubię smażyć dla siebie jajecznicę, w innej smażę dla nas obojga,inna do naleśników, w innej lubię robić sosy, a w wokach wchodzi świetne curry i najlepsze konfitury, itd. No tak już mam, trzeba to przełknąć :) Jedynie fajnie by było gdyby Ballarini popracowało nad podniesieniem temperatury piekarnikowej w jakiej można bawić się tymi naczyniami, bo jak miałam tylko 160 stopni było super, ale jak w mojej szafce wylądowało żeliwo Staub (które również możecie kupić na stronie Ballarini) i niemiecka diamentowa powłoka, które można zapiekać do 250 stopni, to mój apetyt też urósł i też chciałabym aby Włosi podnieśli parametry w kwestii temperatury zapiekania, bo do powłok, wytrzymałości i odporności na porysowanie mają rewelacyjne. Do tego jak dorzucę z jaką łatwością i przyjemnością się je myje, nawet takie zaschnięte po karmelizowanych owocach (już kiedyś sprawdziłam zostawiając taką brudną patelnię na 24 h) to jest bossko!


Ceny? Na każdą kieszeń. Do tego cały czas coś pojawia się w promocji. Tu się nie patyczkują, bo promocje zwykle obejmują całe linie, więc często patelnię czy garnek można kupić taniej o co najmniej o kilkadziesiąt złotych. To sobie sami sprawdźcie na och stronie, tak czy inaczej wiem, że skończy się to na mailowaniu z zainteresowanymi, bo od tych trzech lat już nie wiem przy ilu zakupach asystowałam czytelnikom, którzy wymieniali swoje sprzęty kuchenne. Spoko, jak chcesz i Tobie pomogę, coś wybierzemy ;)

O kurcze, za lekkie mam to pióro, znowu się rozpisałam. Bo dziś miałam opowiedzieć Wam o garnku linii Bologna! Wyjątkowo nie pracowałam z nim zbyt długo. Nie było takiej potrzeby, bo od roku na moich palnikach często wygrzewa się wok tej linii i doskonale wiem co potrafi ta powłoka.

W garnku oczywiście jeszcze nie ugotowałam zupy, to byłoby zbyt proste. Płyny się nie przypalą przecież. Za to machnęłam kilka dań z jednego gara. Dania, których proces przygotowania zaczynał się od smażenia w minimalnej ilości tłuszczu, duszenia, a potem dopiero podlewania płynami. W przygotowywaniu tych dań moje lenistwo osiągnęło poziom zenitu, bo dolewałam taką ilość płynów w jakiej chciałam ugotować kasze metodą absorbcji, czyli prosto mówiąc wsypywałam kasze bezpośrednio do garnka, w którym siedziały podsmażone i podduszone warzywa i mięso. Po kilku minutach miałam danie gotowe, czyli kaszę z czymś tam co lubimy (mięso i warzywa). Plusem takiego gotowania było to, że kasza wchłaniała dodatkowe nuty z tego co znajdowało się w garze.



Nie ukrywam, że w Bologna wszystko gotuje się tak jakby w krótszym czasie niż w innych liniach jakie mam. Podoba mi się w nim kształt, ścianki w stosunku do dna chyba mają równe 90 stopni, tego nie mierzyłam. Na zdjęciach nie do końca podobały mi się uchwyty, ale na żywo zakochały mnie. Idealnie leżą w rękach, dodatkowo trzymając gorący garnek moje palce nie mają styczności ze stalową rączką, bo tworzywo ukształtowane jest w taki sposób, że zabezpiecza przed poparzeniem. Pokrywka - tu standard, nie zsuwa się z garnka i nie skacze, uwag nie mam. Satynowa zewnętrzna powłoka wygląda ładnie. Łatwo ją utrzymać w czystości, tu wypowiadam się na podstawie rocznego użytkowania woka tej linii.




Garnek dla każdego? Jak najbardziej tak, bo:
  • przystosowany do większości kuchenek, tych indukcyjnych też!
  • można używać w piekarniku do 160 stopni
  • granitowa powłoka typu non stick, czyli łatwo nie przypalisz, smażone produkty nie przywierają, bo tą linię charakteryzuje naprawdę wysoka nieprzywieralność
  • solidnie wykonany, jak tak patrzę na niego, ciężko go będzie zniszczyć, oj ciężko
  • cena: na dzień dzisiejszy 90 zł tańszy niż normalnie, 
  • dostępne trzy pojemności: 1,4 l; 2,5 l; 4,6 l - ja mam ten największy
  • ergonomiczna i izolująca dłonie rączka
  • stalowe elementy wykonane są ze stali nierdzewnej odpornej na rdzewienie
  • wysoka odporność na niszczące działanie zmywarki
  • grube dwuwarstwowe dno (aluminium i stal nierdzewna) świetnie magazynuje i rozprowadza ciepło, trzeba sobie trochę poczekać, na to żeby jedzenie w garnku wystygło i można było go umieścić na przykład w lodówce
  • całkowicie bezpieczny dla zdrowia i środowiska, nie zawiera PFOA i związków niklu ani metali ciężkich.
No nie mam się do czego doczepić, garnek jest naprawdę świetny! Serio ;)

września 24, 2017

BowlLove - David Bez

BowlLove - David Bez

Jakiś czas temu, w sumie kawał czasu temu opisywałam Wam książkę "ŚniadanLove", która wywarła na mnie mega pozytywne wrażenie. Teraz w moich rękach trzymam "Bowllove" tego samego autora, czyli Davida Beza. Oficjalna premiera była 13 września, więc jest już dostępna w księgarniach.


Ale czy warto?
Bowllove jak dla mnie świetnie się wpisuje w moje realia, bo od jakiegoś czasu mocno pracuję nad posiłkami na wynos, które mogę zabrać ze sobą do pracy. Staram się aby te posiłki były wartościowe i mało absorbujące podczas przygotowania. Do tego jak zawsze lubię prostotę i dostępność produktów, bo nie chce mi się do danego przepisu przygotowywać się tygodniami kompletując poszczególne produkty. Chcę wejść do najbliższego sklepu, kupić to co mi potrzeba i pobiec do kuchni przygotować odżywczą miskę :) Ta książka tak bardzo mi odpowiada, bo spełnia wszystkie wymienione kryteria. W dodatku dzięki niej nakręca mnie w tworzenie swoich własnych kompozycji smakowych.

David Bez podzielił książkę na dwa rozdziały, pomijam ciekawą opowieść o jego kafejkach i fascynacji tego typu dań, to jest do poczytania i czyta się to świetnie. Mnie jednak najbardziej pochłonęła "Anatomia Bowl Food" na sucho i na mokro. Chodzi tu o objaśnienie obu rozdziałów, wytłumaczenie z czego powinny się składać miseczki suche i mokre. Do których dodać wywar, a do których dodać dressing. Dorzucił również przepisy na wszystkie wywary i dressingi jakie będą potrzebne w przepisach i tu znalazłam wiele pomysłowych kompozycji smakowych.


Jak już przeszłam części opisowe ze strony na stronę było tylko och i ach.  Normalnie miałam ochotę iść do kuchni i gotować po kolei już teraz natychmiast kilka propozycji na raz, ale kto to zje? Dlatego pomalutku tworzę sobie swoje miseczki natchnione przepisami Davida Beza. W pracy już nie objadam się bułkami, bo jakiś czas temu wzięłam rozwód z pszenicą, bo przeszkadzała mi w moich założeniach związanymi z treningami siłowymi na siłowni, którymi jestem zachwycona. Wbrew pozorom nie szykuję jedzenia do pracy godzinami, wszystko można świetnie zorganizować.


Z mojego punktu widzenia fajnie jest jeśli taka książka leży na stoliku, bo trudno ją odłożyć na półkę, skoro non stop się do niej zagląda. Jest to obszerna baza świetnych przepisów. W dodatku nakręca w taki sposób, że bardzo naturalnie przechodzi się w etap tworzenia własnego autorskiego Bowl Food. Wisienkę na torcie zawdzięczamy wydawnictwu Buchmann, które przykłada ogromną uwagę do jakości szaty graficznej, a to piszę na podstawie kilkuletnich obserwacji. Jak tylko idzie do mnie jakiś tytuł od Buchmann wiem, że trafi do mnie egzemplarz, którego szkoda położyć na blacie w kuchni i gotować, bo jakość wykonania za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie. Serio!

Tytuł: Bowl Love
Autor: David Bez
Wydawnictwo: Buchmann
Premiera: 13.09.2017
Cena: 39,99 zł

Drukuj

Copyright © 2016 Blondynka Gotuje , Blogger