Popularne posty

października 16, 2017

Granitowy Garnek Bologna Ballarini

Granitowy Garnek Bologna Ballarini

Od trzech dzielę się tu z Wami opiniami na temat produktów Ballarini. Teraz się uśmiecham, bo wiecie co jest w tym zabawnego? Już wyjaśniam. Na początku skupiałam się na pokazaniu dań jakie przygotowywałam w tych patelniach i garnkach. Z biegiem czasu zaczęłam je analizować i sprawdzać bardziej perfidnie? Nie, może dogłębnie i szczegółowo. Zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, na które nie zwróciłoby większość z Was. Na  przykład różnicę pomiędzy wokiem Granitium a Salento White Stone, którą zauważyłam oczywiście pomijając aspekty wizualne,był czas przygotowywania potraw. Na przykład konfitury smażone jednocześnie w obu wokach w Granitium były gotowe kilkanaście sekund szybciej niż w Salento White Stone. Wiem, wiem to dziwne, ale przecież nie obiecywałam, że u Blondynki będzie normalnie :) Kolejną ciekawostką, którą mogę się z Wami podzielić jest temat nazw linii naczyń Ballarini. Kiedyś jak tak sobie siedziałam zaczęłam "rozmawiać z wujkiem google", bo skoro Ballarini to Włoska firma, to nazwy linii naczyń mogą, a nawet powinny być związane z Włochami. I co się okazało? Każda nazwa to nazwa regionu Włoch. Mało tego, zrobili to bardzo sprytnie, bo na przykład jedna z droższych linii nosi nazwę dość ekskluzywnego regionu jakim jest Portofino. Fajnie się to składa, prawda?

Takich ciekawostek mogłabym napisać wiele, to jednak może kiedyś przy okazji. Zarówno mnie jak i Was przede wszystkim interesuje trwałość i funkcjonalność produktów. Tu też mogłabym rozpisać się więcej i opisać swoje spostrzeżenia na temat każdej linii na podstawie codziennego ich użytkowania od 3 do kilku miesięcy, ale to też zostawię na inną okazję. Teraz tak w skrócie powiem Wam, że Ballarini`ego ciężko zajechać w kuchni. Nad Granitium pracuję coś ponad 3 lata i nadal nie nadają się do wyrzucenia. Ba! Nawet nie widać na nich żadnej rysy, jedynie co się lekko starło to spody, ale to od mojego szurania po ruszcie kuchenki gazowej, a od jakiegoś czasu dodatkowo wzmacniają spody, że się nic nie ściera, wiem, bo od półtora roku szuram po kuchence granitową patelnią Portofino i tam pod spodem nadal jak nówka. No tak, dużo wiem o tych garach, gotuję w nich od trzech lat. Codziennie. Czy we wszystkich? Wstyd się przyznać, ale w większości tak. Nic nie poradzę, że w tej kwestii jestem mało normalna. Ale co ja zrobię jak Młody ma swoje ulubione patelnie, a ja w jednej lubię smażyć dla siebie jajecznicę, w innej smażę dla nas obojga,inna do naleśników, w innej lubię robić sosy, a w wokach wchodzi świetne curry i najlepsze konfitury, itd. No tak już mam, trzeba to przełknąć :) Jedynie fajnie by było gdyby Ballarini popracowało nad podniesieniem temperatury piekarnikowej w jakiej można bawić się tymi naczyniami, bo jak miałam tylko 160 stopni było super, ale jak w mojej szafce wylądowało żeliwo Staub (które również możecie kupić na stronie Ballarini) i niemiecka diamentowa powłoka, które można zapiekać do 250 stopni, to mój apetyt też urósł i też chciałabym aby Włosi podnieśli parametry w kwestii temperatury zapiekania, bo do powłok, wytrzymałości i odporności na porysowanie mają rewelacyjne. Do tego jak dorzucę z jaką łatwością i przyjemnością się je myje, nawet takie zaschnięte po karmelizowanych owocach (już kiedyś sprawdziłam zostawiając taką brudną patelnię na 24 h) to jest bossko!


Ceny? Na każdą kieszeń. Do tego cały czas coś pojawia się w promocji. Tu się nie patyczkują, bo promocje zwykle obejmują całe linie, więc często patelnię czy garnek można kupić taniej o co najmniej o kilkadziesiąt złotych. To sobie sami sprawdźcie na och stronie, tak czy inaczej wiem, że skończy się to na mailowaniu z zainteresowanymi, bo od tych trzech lat już nie wiem przy ilu zakupach asystowałam czytelnikom, którzy wymieniali swoje sprzęty kuchenne. Spoko, jak chcesz i Tobie pomogę, coś wybierzemy ;)

O kurcze, za lekkie mam to pióro, znowu się rozpisałam. Bo dziś miałam opowiedzieć Wam o garnku linii Bologna! Wyjątkowo nie pracowałam z nim zbyt długo. Nie było takiej potrzeby, bo od roku na moich palnikach często wygrzewa się wok tej linii i doskonale wiem co potrafi ta powłoka.

W garnku oczywiście jeszcze nie ugotowałam zupy, to byłoby zbyt proste. Płyny się nie przypalą przecież. Za to machnęłam kilka dań z jednego gara. Dania, których proces przygotowania zaczynał się od smażenia w minimalnej ilości tłuszczu, duszenia, a potem dopiero podlewania płynami. W przygotowywaniu tych dań moje lenistwo osiągnęło poziom zenitu, bo dolewałam taką ilość płynów w jakiej chciałam ugotować kasze metodą absorbcji, czyli prosto mówiąc wsypywałam kasze bezpośrednio do garnka, w którym siedziały podsmażone i podduszone warzywa i mięso. Po kilku minutach miałam danie gotowe, czyli kaszę z czymś tam co lubimy (mięso i warzywa). Plusem takiego gotowania było to, że kasza wchłaniała dodatkowe nuty z tego co znajdowało się w garze.



Nie ukrywam, że w Bologna wszystko gotuje się tak jakby w krótszym czasie niż w innych liniach jakie mam. Podoba mi się w nim kształt, ścianki w stosunku do dna chyba mają równe 90 stopni, tego nie mierzyłam. Na zdjęciach nie do końca podobały mi się uchwyty, ale na żywo zakochały mnie. Idealnie leżą w rękach, dodatkowo trzymając gorący garnek moje palce nie mają styczności ze stalową rączką, bo tworzywo ukształtowane jest w taki sposób, że zabezpiecza przed poparzeniem. Pokrywka - tu standard, nie zsuwa się z garnka i nie skacze, uwag nie mam. Satynowa zewnętrzna powłoka wygląda ładnie. Łatwo ją utrzymać w czystości, tu wypowiadam się na podstawie rocznego użytkowania woka tej linii.




Garnek dla każdego? Jak najbardziej tak, bo:
  • przystosowany do większości kuchenek, tych indukcyjnych też!
  • można używać w piekarniku do 160 stopni
  • granitowa powłoka typu non stick, czyli łatwo nie przypalisz, smażone produkty nie przywierają, bo tą linię charakteryzuje naprawdę wysoka nieprzywieralność
  • solidnie wykonany, jak tak patrzę na niego, ciężko go będzie zniszczyć, oj ciężko
  • cena: na dzień dzisiejszy 90 zł tańszy niż normalnie, 
  • dostępne trzy pojemności: 1,4 l; 2,5 l; 4,6 l - ja mam ten największy
  • ergonomiczna i izolująca dłonie rączka
  • stalowe elementy wykonane są ze stali nierdzewnej odpornej na rdzewienie
  • wysoka odporność na niszczące działanie zmywarki
  • grube dwuwarstwowe dno (aluminium i stal nierdzewna) świetnie magazynuje i rozprowadza ciepło, trzeba sobie trochę poczekać, na to żeby jedzenie w garnku wystygło i można było go umieścić na przykład w lodówce
  • całkowicie bezpieczny dla zdrowia i środowiska, nie zawiera PFOA i związków niklu ani metali ciężkich.
No nie mam się do czego doczepić, garnek jest naprawdę świetny! Serio ;)

września 24, 2017

BowlLove - David Bez

BowlLove - David Bez

Jakiś czas temu, w sumie kawał czasu temu opisywałam Wam książkę "ŚniadanLove", która wywarła na mnie mega pozytywne wrażenie. Teraz w moich rękach trzymam "Bowllove" tego samego autora, czyli Davida Beza. Oficjalna premiera była 13 września, więc jest już dostępna w księgarniach.


Ale czy warto?
Bowllove jak dla mnie świetnie się wpisuje w moje realia, bo od jakiegoś czasu mocno pracuję nad posiłkami na wynos, które mogę zabrać ze sobą do pracy. Staram się aby te posiłki były wartościowe i mało absorbujące podczas przygotowania. Do tego jak zawsze lubię prostotę i dostępność produktów, bo nie chce mi się do danego przepisu przygotowywać się tygodniami kompletując poszczególne produkty. Chcę wejść do najbliższego sklepu, kupić to co mi potrzeba i pobiec do kuchni przygotować odżywczą miskę :) Ta książka tak bardzo mi odpowiada, bo spełnia wszystkie wymienione kryteria. W dodatku dzięki niej nakręca mnie w tworzenie swoich własnych kompozycji smakowych.

David Bez podzielił książkę na dwa rozdziały, pomijam ciekawą opowieść o jego kafejkach i fascynacji tego typu dań, to jest do poczytania i czyta się to świetnie. Mnie jednak najbardziej pochłonęła "Anatomia Bowl Food" na sucho i na mokro. Chodzi tu o objaśnienie obu rozdziałów, wytłumaczenie z czego powinny się składać miseczki suche i mokre. Do których dodać wywar, a do których dodać dressing. Dorzucił również przepisy na wszystkie wywary i dressingi jakie będą potrzebne w przepisach i tu znalazłam wiele pomysłowych kompozycji smakowych.


Jak już przeszłam części opisowe ze strony na stronę było tylko och i ach.  Normalnie miałam ochotę iść do kuchni i gotować po kolei już teraz natychmiast kilka propozycji na raz, ale kto to zje? Dlatego pomalutku tworzę sobie swoje miseczki natchnione przepisami Davida Beza. W pracy już nie objadam się bułkami, bo jakiś czas temu wzięłam rozwód z pszenicą, bo przeszkadzała mi w moich założeniach związanymi z treningami siłowymi na siłowni, którymi jestem zachwycona. Wbrew pozorom nie szykuję jedzenia do pracy godzinami, wszystko można świetnie zorganizować.


Z mojego punktu widzenia fajnie jest jeśli taka książka leży na stoliku, bo trudno ją odłożyć na półkę, skoro non stop się do niej zagląda. Jest to obszerna baza świetnych przepisów. W dodatku nakręca w taki sposób, że bardzo naturalnie przechodzi się w etap tworzenia własnego autorskiego Bowl Food. Wisienkę na torcie zawdzięczamy wydawnictwu Buchmann, które przykłada ogromną uwagę do jakości szaty graficznej, a to piszę na podstawie kilkuletnich obserwacji. Jak tylko idzie do mnie jakiś tytuł od Buchmann wiem, że trafi do mnie egzemplarz, którego szkoda położyć na blacie w kuchni i gotować, bo jakość wykonania za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie. Serio!

Tytuł: Bowl Love
Autor: David Bez
Wydawnictwo: Buchmann
Premiera: 13.09.2017
Cena: 39,99 zł

września 17, 2017

Brownie z Buraka z Malinami

Brownie z Buraka z Malinami

Na słowo "Brownie" ja i Młody od razu się uśmiechamy. Na hasło "Brownie z buraka" uśmiechnęłam się tylko ja :) Całkiem przypadkiem wpadłam na to brownie na Instagramie. W sumie to wpadłam na profil Paleolife i tam zobaczyłam zdjęcie tego brownie z buraka i zaiskrzyło, wpadłam w tryb "musisz to zrobić". Przepis przemówił do mnie całkowicie, bo ciasto nie zawiera mąki pszennej, masła, ani cukru. Idealnie wpisuje się w moje ostatnie menu. Zgodnie z planem we wrześniu dokręciłam sobie śrubę i postanowiłam porzucić pszenicę i biały cukier. Czy jestem na diecie? Jeszcze nie, po prostu nie jadam kilku produktów. Młodego oczywiście moje zmiany nie obowiązują, dziecko pochłania wszystko. No prawie wszystko. Tego brownie nawet nie ruszył, bo wiedział, że jest w nim burak. Jeśli chodzi o samo ciasto w smaku przypomina gorzką czekoladę, dorzucenie malin było świetnym pomysłem. Co do konsystencji surowego ciasta zdrowych odpowiedników ciast nie potrafię się przekonać, rzadko wyrastają tak jak klasyczne słodkie wypieki i są dość ciężkie i zbite. To dlatego, że jestem przyzwyczajona do klasycznych leciutkich biszkoptów, ciast ucieranych, drożdżowego czy parzonego ciasta. Wszystkie na mące pszennej, a w tych zdrowych używa się cięższych mąk (kokosowa, orzechowa, jaglana,pełnoziarnista itp.). Ale to brownie naprawdę jest niezłe, to nie tylko moja opinia, bo degustację zrobiłam w szerszym gronie i każdemu smakowało, wszyscy byli mocno zdziwieni, że ciasto bez cukru może być tak słodkie.


Składniki: / piekłam w małej tortownicy o średnicy 18 cm/
  • ½ szklanki migdałów
  • ½ szklanki mąki kokosowej
  • 2 ugotowane i obrane buraki ćwikłowe
  • 3 jajka
  • szczypta soli 
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 laska wanilii
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • ⅓ szklanki kakao
  • 2 łyżki syropu klonowego (możesz zamienić na miód akacjowy albo syrop z agawy)
  • opcjonalnie garść świeżych malin

Sposób przygotowania:
Wydaje mi się, że tego ciasta nie da się zepsuć, jedynie można spalić :) Buraki ugotowałam sobie rano, potem pobiegłam na trening i wieczorem zabrałam się za pieczenie. 


Z tego co przeczytałam stwierdziłam, że ciasto przygotowuje się dość szybko, więc od razu włączyłam piekarnik i ustawiłam temperaturę na 180 stopni.
Migdały zmieliłam w blenderze,ale tak aby były większe grudki, bo tak polecał autor przepisu. Buraka zmiksowałam, czekoladę pokroiłam na grube kawałki. I teraz do miski wyłożyłam zmiksowane buraki, dorzuciłam jajka, sól, sok z cytryny i zmiksowałam, potem wsypałam pozostałe składniki (oprócz czekolady) i zmiksowałam do połączenia się składników, wrzuciłam czekoladę i wmieszałam ją w ciasto. Ciasto wyłożyłam do tortownicy, której dno wyłożyłam papierem do pieczenia, wyrównałam wierzch i powciskałam w nie świeże maliny.


Piekłam ok. 35 - 40 minut w temperaturze 180 stopni. Po tym jak ciasto było sprężyste na wierzchu wyciągnęłam je z piekarnika i wstyd się przyznać pokroiłam je jeszcze gorące, bo tak chciałam spróbować :) Ciepłe jest nieziemskie w smaku, jak wystygnie nadal jest całkiem niezłe ;)

września 07, 2017

Napoleonka

Napoleonka

Kiedy patrzę na to ciasto przypomina mi się okres, w którym raczkowałam w kuchni. Jednym słowem dopiero zaczynałam piec pierwsze ciasta. Napoleonka to było jedno z kilku ciast, które w moim rodzinnym domu wszyscy je lubiliśmy, choć mi osobiście kojarzyło się z tym, że trudno mi się je kroiło. Wtedy nie było w domu noża z ząbkami takiego jakiego dziś używam w kuchni na co dzień. Wracając do moich początków związanych z pieczeniem pamiętam jak zarzekałam się, że napoleonki nigdy w życiu nie upiekę, bo pewnie jest bardzo trudna. W tamtym czasie na potęgę kolekcjonowałam przepisy z gazet i w jednej znalazłam przepis na niedrogie ciasto, które nosiło nazwę "Ciasto z budyniem". Długo nie trzeba było czekać, bo praktycznie od razu zabrałam się za pieczenie i jakież było moje zdziwienie, jak zajrzałam do piekarnika, a tam na moich równiutko rozwałkowanych blatach powstawały charakterystyczne dla Napoleonki pęcherze z powietrzem. W tamtej chwili dotarło do mnie, że piekę blaty do tej niechcianej przeze mnie Napoleonki :) Ale dobrze, bo ciasto w wykonaniu okazało się banalnie proste. Jedynie należy uważać podczas przenoszenia upieczonych blatów, bo są niesamowicie kruche. Piekąc to ciasto z okazji pierwszego dnia roku szkolnego uśmiałam się z Młodym do łez, bo oba blaty złamały mi się na pół, właśnie podczas przenoszenia. Wcale się nie dziwię, bo po prostu upadły mi na blat kuchenny, tego dnia wszystko leciało mi z rąk. Tak bywa, ale nie powstrzymało mnie to przed skończeniem z ciastem. Budyń skleił wszystko tak sprytnie, że nawet tego nie było widać. Ważne jest wałkowanie, należy tak rozwałkować ciasto, aby nie doklejać kawałków ciasta , bo podczas pieczenia te doklejone kawałki mogą się oddzielić od reszty, a tak poza tym to wszystko jest spoko. Łatwe, smaczne, niedrogie. Można zagnieść ciasto na bazie masła, ale również użyć margaryny. Obie wersje Wam wyjdą. 


Składniki:
Ciasto:
  • 350 g mąki pszennej
  • 250 g masła lub margaryny
  • szczypta soli
  • 1 łyżka śmietany 18%
Budyń:
  • 750 ml mleka, czyli 3 szklanki
  • 3/4 szklanki cukru
  • ziarenka z 2 lasek wanilii
  • 4 jajka (u mnie L)
  • 4 łyżki mąki pszennej
  • 5 łyżek mąki ziemniaczanej
Dodatkowo:
  • cukier puder do posypania wierzchu ciasta
Sposób przygotowania:
Wszystkie składniki na ciasto oprócz mąki muszą być wyciągnięte prosto z lodówki.
Kiedyś ciasto kruche zagniatałam w rękach, albo rozcierając kawałki masła pomiędzy palcami a potem szybko zagniatałam lub siekałam nożem. Od jakiegoś czasu się "wycwaniłam" i wszystkie składniki umieszczam w dzbanku malaksera i miksuję do momentu uzyskania konsystencji mokrej kruszonki, którą wysypuje do miski i szybciutko zagniatam ciasto, formując kulę. Cały proces trwa kilkanaście sekund (kiedyś Wam może pokażę, tylko muszę się zgrać z Młodym, czyli  moim operatorem kamery :). Zagniecione ciasto należy porządnie schłodzić minimum ze trzy godziny lub można zagnieść je wieczorem i owinięte w folię spożywczą włożyć do lodówki na całą noc.

Schłodzone ciasto podzieliłam na dwie w miarę równe części i każdą rozwałkowałam na cienkie prostokątne blaty. Wałkowałam od razu na dociętym do rozmiaru formy papierze do pieczenia. Rozwałkowane razem z papierem przełożyłam do form i wstawiłam do nagrzanego do ok.190 stopni piekarnika. Ja piekłam około 25-30 minut, ale tu zwracajcie przede wszystkim na kolor ciasta, pieczemy na złoty kolor. Na powierzchni ciasta będą rosnąć bąbelki, czyli coś z wyglądu przypominającego pęcherzyki powietrza, tak ma być!

Upieczone ciasta odstawiłam na blat, żeby spokojnie wystygły i w tym czasie zabrałam się za ugotowanie Budyniu. Tu temat też jest prosty. Dwie szklanki wlałam do rondelka, wsypałam cukier i dodałam ziarenka z lasek wanilii. Zanim mleko z cukrem się zagotowało zdążyłam wlać do miski szklankę cukru (tą trzecią), wsypałam obie mąki, wbiłam jajka i wszystko razem zmiksowałam mikserem. Na gotujące się mleko wlałam zmiksowaną mieszankę cały czas mieszając i od razu zmniejszając płomień gazu. Budyń wyjdzie bardzo gęsty, więc trzeba cały czas mieszać, aby się nie przypalił oraz nie potworzyły się grudki. Jeśli zauważysz, że mimo mieszania pojawia się coraz więcej nierozmieszanych grudek, weź do ręki mikser ręczny i na wolnych obrotach miksuj gotujący się budyń, tylko ostrożnie, nie podkręcaj obrotów miksera, bo pochlapiesz siebie i kuchnię, w dodatku możesz się poparzyć, a tego nie chcemy. Kiedy budyń mocno zgęstnieje (cały proces trwa dosłownie kilka minut) zestaw rondel z gazu. Przełóż jeden blat na tacę, na blat wylej gorący budyń, wyrównaj (będzie trochę uciekał za blat ciasta, nie przejmuj się), warstwę budyniu przykryj drugim ciastem i bardzo delikatnie, lekko dociśnij. Budyń, który troszkę wylał się poza ciasto ja po prostu wyrównuję szpatułką w taki sposób aby "wcisnąć go z powrotem". 

Przełożone gorącym budyniem ciasto należy zostawić w spokoju na blacie, musi całkowicie wystygnąć. Wystudzone wstawiamy do lodówki, najlepiej na całą noc, wtedy blaty zdążą lekko zmięknąć. Na drugi dzień wystarczy cukrem pudrem posypać wierzch ciasta i zabrać się do krojenia, polecam nóż do chleba ;)
SMACZNEGO życzy

sierpnia 27, 2017

Angielka - Katherine Webb

Angielka - Katherine Webb

Tak naprawdę przed tą Angielką broniłam się rękami i nogami. W tamtym czasie bardziej ciągnęło mnie w stronę Metro Glukhovsky`ego i biografii Jana Karskiego. Jednak moja przesympatyczna Pani Iwonka mimo wszystko dorzuciła Angielkę i jak się okazało bardzo dobrze zrobiła! Przeczytałam od deski do deski. Dopiero teraz jestem wdzięczna Iwonce, że nie posłuchała upartej Blondynki, bo warto sięgnąć po tą pozycję. Naprawdę.

Tytuł: Angielka
Autor: Katherine Webb
Wydawnictwo: Insignis
Data premiery: 19.07.2017

Nie lubię czytać romansów, a właśnie z takim gatunkiem skojarzył mi się ten tytuł. Mamy tu przykład, że nie należy oceniać książki po okładce. "Angielka" - Katherine Webb to tak naprawdę mega ciekawa historia, która łączy przygodę, chwile grozy, zagadki i niezwykle ciekawą opowieść, która na końcu zaskakuje dynamicznie rozwijającą się akcją. Tak naprawdę czytałam dwie opowieści przeplatające się przez całą książkę, dzięki czemu całość nabiera głębi i dodatkowych barw.

Na czas czytania przeniosłam się do ciepłego Omanu, na gorące piaski pustyni. Na tajemniczą górę. Poznałam dwie kobiety doświadczoną podróżniczkę w sędziwym wieku Maude Vickery i młodą kobietę tak naprawdę szukającą własnej drogi Joan Seabrook. Co ich łączy? Co połączyło? Dlaczego Joan bywała w więzieniu? Jakie tajemnice skrywa narzeczony Joan i jej brat? Czy udało się młodej podróżniczce zdobyć tajemniczą górę? Dlaczego Maude tak bardzo znienawidziła Nathaniela? Pytań nasuwa się mnóstwo, odpowiedzi jak petardy w sylwestra po kolei wybuchają pod koniec książki. Mimo, że części odpowiedzi zaczynałam się domyślać podczas lektury, to i tak zaskoczenie było wielkie kiedy zamykałam książkę.

Bardzo chciałabym Wam opowiedzieć co się tam wydarzyło, ale nie mogę, bo wśród nas są osoby, które właśnie czytają Angielkę, albo zamierzają po nią sięgnąć. Tak więc gryzę się mocno w język, żeby nie zdradzić Wam nic więcej :) Iwonce dziękuję, że czasami udaje się jej namówić mnie na tytuły, po które normalnie bym nie sięgnęła. Dzięki tamu przez moje oczy, czy tam ręce przeleciało wiele świetnych historii oraz wartościowych treści.
WASZA

sierpnia 09, 2017

Mięso z Udek z Kurczaka w Żółtym Sosie Śmietanowym

Mięso z Udek z Kurczaka w Żółtym Sosie Śmietanowym

W upalne dni średnio chce się gotować, przynajmniej ja tak mam. Tym razem postawiłam na palnik patelnię i zaczęłam do niej wrzucać to co miałam pod ręką. U nas to ostatnio standard. Albo czyszczę lodówkę, albo zamrażarkę i tak też jest smacznie. Od jakiegoś czasu bawię się kurkumą i tym razem nie omieszkałam jej użyć. Świetnie smakuje, świetnie farbuje dania, a do tego korzystnie wpływa na organizm, czyż to nie cudownie?! Jeśli masz wolne ok. 20 minut ugotuj mój obiad. Nie dość, że ma ekspresowy czas przygotowania, brudzisz jedynie patelnię i garnek na makaron, to smakuje bosko! Nawet Młody zapytał kiedy go powtórzę i dlaczego tak mało fasolki. Mało, bo nie chciałam przedobrzyć, ale jak masz ochotę sypnij jej więcej, ja przynajmniej tak zrobię :) To co, zaczynamy!



Składniki na 2 osoby:
  • mięso z ok. 5 podudzi z kurczaka (kupuję w Biedronce od razu bez kości, ale możesz się pobawić i oddzielić mięso z takich standardowych udek)
  • nierafinowany olej kokosowy - do smażenia
  • ok. 2 płaskie łyżeczki kurkumy
  • świeżo zmielona u mnie sól himalajska
  • świeżo zmielony pieprz
  • 2 garści żółtej fasolki szparagowej - u mnie była mrożona
  • natka pietruszki
  • 1 łyżeczka czosnku niedźwiedziego
  • ok. 200 ml śmietanki kremówki 30%
  • makaron albo ryż - u nas wygrał makaron barwiony sepią - można zamówić w sklepach internetowych, w stacjonarnych w moich okolicach nie widziałam


Sposób przygotowania:
Tym razem bajka będzie szybka, bo czasu za dużo nie miałam, ja wróciłam ze swojego treningu, a Młody leciał na swój, więc szybko chciałam dziecko "nakarmić". Na gaz postawiłam garnek z osoloną wodą na makaron i patelnię na której rozgrzewał się olej kokosowy. Kawałki mięsa oprószyłam solą i pieprzem, które delikatnie wklepałam w mięso i na rozgrzanym tłuszczu obsmażyłam z każdej strony. Wiadomo, mięso z kurczaka szybko się przygotowuje, następnie podlałam je wodą na wierzch rzuciłam zamrożoną fasolkę, patelnię przykryłam i dusiłam do momentu, w którym fasolka była odpowiedniej miękkości, bo kurczak wiadomo, był gotowy. W między czasie wrzuciłam makaron do gotującej się wody i zaczęłam gotować. Ja się spieszyłam i u mnie płomień gazu był dość mocny, ale spokojnie możesz przykręcić z lekko spowolnić proces przygotowania. Kiedy fasolka była gotowa, zdjęłam pokrywkę i na mocnym ogniu odparowałam wodę praktycznie do zera i dopiero wtedy zalałam wszystko kremówką, wsypałam kurkumę, czosnek niedźwiedzi i doprawiłam solą i pieprzem. Chwilę pogotowałam, aby kremówka lekko zgęstniała, wsypałam posiekaną pietruszkę, wymieszałam. Oczywiście cały czas pilnowałam makaronu, aby go nie rozgotować ;) Jak podałam? Tak jak widać na zdjęciach.


SMACZNEGO życzy

sierpnia 02, 2017

Jabłka i Brzoskwinie Zapiekane z Kruszonką

Jabłka i Brzoskwinie Zapiekane z Kruszonką

Bez słodyczy mogłabym żyć, ale bez owoców...cóż to byłoby za życie. Uwielbiam je pod każdą postacią, najbardziej świeże i pieczone, uwielbiam. Typowe crumble pod  ogromną ilością klasycznej kruszonki są dla mnie za słodkie, dlatego zaczęłam kombinować trochę w innym kierunku. Jabłka delikatnie podrasowałam odrobiną cukru i cynamonem, a brzoskwinie były tak słodkie, że odpuściłam im całkowicie. Zminimalizowałam ilość kruszonki i jak zwykle zapiekłam wszystko w piekarniku. Młody się śmieje, że teraz mam idealne naczynko do zapiekania moich wynalazków, do którego mieści się idealnie jedna porcja, tyle co dla mnie. Fakt. STAUB w swojej ofercie ma specjalną linię produktów MINIS w różnych kształtach. Moje jest owalne o pojemności 250 ml, czyli tyle ile jestem w stanie zjeść. Uwielbiam je, bo wrzucam sobie do niego to co mi się podoba, zapiekam i mam jedną porcję dla siebie, bo Młody zjada większe porcje i korzysta z innych naczyń. Ja nie potrafię się odczepić od tego owalnego, bo zapiekam w nim swoje danie i w tym samym naczyniu je podaję. Ale przejdźmy do konkretów, czyli do przepisu, na który nie możecie się doczekać.


Składniki na 1 osobę:
  • 1 nieduże jabłko
  • 1 brzoskwinia
  • 1 płaska łyżka cukru 
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • odrobina oleju kokosowego nierafinowanego
  • 1 garść kruszonki, którą zawsze mam w zamrażarce


Sposób przygotowania:
Ty standardowo owoce umyłam, osuszyłam ręcznikiem papierowym. Z jabłka wydrążyłam gniazdo nasienne, obrałam ze skórki i pokroiłam w większe kawałki takie jakie widać na zdjęciach. Do miski wsypałam cukier i cynamon i obtoczyłam w nich kawałki jabłka. Brzoskwinie pokroiłam podobnie, ale nie dosładzałam ich dodatkowo, bo tak jak wspomniałam wcześniej, były słodkie. Naczynko wysmarowałam bardzo cienką warstwą oleju kokosowego nierafinowanego (nierafinowany daje delikatny kokosowy akcent), wyłożyłam do niego owoce, oprószyłam kruszonką i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Ile piekłam? Około 25 minut, ale możesz wydłużyć okres pieczenia, ja lubię owoce lekko chrupiące, a jeśli lubisz bardziej miękkie i wypieczone wydłuż czas nawet o 10- 15 minut. Upieczoną porcję wyciągnęłam z piekarnika i zjadłam na ciepło.

Możesz takie owoce zjeść z gałką ulubionych lodów, albo z bita śmietaną, albo z rozpuszczoną czekoladą. Ja wolę bez dodatków, a Ty zjedz z tym na co masz tylko ochotę, choć w takiej uproszczonej wersji są przepyszne!
SMACZNEGO życzy

Drukuj

Copyright © 2016 Blondynka Gotuje , Blogger